Ostatnie chwile Liberatora "California Rocket" (mal. K. Wielgus)

Katastrofa ciężkiego amerykańskiego bombowca B-24 J „Liberator”

 

Dnia 18 grudnia 1944 r. o godz. 12:45 pod przełęczą Pańska Przechybka rozbił się ciężki amerykański bombowiec typu B-24 J Liberator. Maszyna o numerze 42-51714 i imieniu własnym „California Rocket” należała do 757 Dywizjonu, 459 Grupy Bombowej, 304 Skrzydła, 15 Armii Powietrznej Stanów Zjednoczonych, operującej wówczas z terenu Włoch.

Ostatni lot 'California Rocket'

Załoga pod dowództwem por. pil. Williama Beimbrinka wraz z innymi bombowcami brała udział w misji nr 166, której celem było zbombardowanie niemieckich zakładów produkcji benzyny syntetycznej w Oświęcimiu.

Załogę bombowca stanowili:

Stoją - od lewej:T. Dejewski, S. Felt, W. Beimbrink; klęczą - drugi z lewej: W. McCuttie, trzeci z lewej: E. Sich; czwarty z lewej: J. Blehar. (Ze zbiorów Zbigniewa Faix-Dąbrowskiego).

Dowódca, pilot William J. Beimbrink
drugi pilot Spencer P. Felt
nawigator Thaddeus A. Dejewski
bombardier Robert T. Nelson
mechanik Edward J. Sich
radiooperator Walter B. Venable
dolny strzelec Jack F. Blehar
przedni strzelec Clarence A. Dallas
tylny strzelec William J. McCuttie
strzelec boczny Bernard C. Racine

Maszyna wystartowała ok. godziny 8.00 z bazy Cerignolla koło Foggi we Włoszech. Jeszcze przed dotarciem nad cel samolot został uszkodzony przez nieprzyjacielską artylerię przeciwlotniczą nad węgierskim miastem Györ i zapewne jeszcze później nad Słowacją. W wyniku uszkodzeń przestały pracować trzy silniki. W tej sytuacji samolot zrzucił 20 nieuzbrojonych bomb po 500 kg każda w bezpiecznym miejscu w rejonie Pszczyny i skierował się w stronę linii sowieckich, bowiem powrót do Włoch na jednym pracującym silniku był niemożliwy. Na prośbę nawigatora, por. T. Dejewskiego kurs samolotu został tak ustalony by ominąć większe skupiska ludności (Kraków) łukiem od strony południowej.

Amerykanie nie chcieli ryzykować przelotu przez silnie broniony obszar powietrzny, a w wypadku trafienia spowodować strat w okupowanym, polskim mieście. Na południowy wschód od Limanowej uszkodzony bombowiec natknął się na trzy niemieckie myśliwce Messerschmitt BF-109, które mogły być samolotami z JG III/52 z lotniska Kraków – Rakowice. Dowódca samolotu, William Beimbrink obrócił maszynę w kierunku niemieckiej formacji, tym samym decydując się na konfrontację. Jednak niemieckie samoloty nie podjęły walki – albo były bez amunicji, albo też piloci doszli do wniosku, że lecący na jednym silniku samolot i tak niechybnie się rozbije, nie ma więc sensu ryzykować walki z uzbrojonym w 10 karabinów maszynowych amerykańskim bombowcem. Myśliwce wykonały pętlę  za bombowcem i odleciały na zachód.

Bombowiec B-24-J Liberator nr 42-51 714 o imieniu „California Rocket”. Samolot w pochodził z 757 Dywizjonu 459 Grupy Bombowej 304 Skrzydła 15 Armii Powietrznej USAAF.

Uszkodzony bombowiec ciągnął dalej na wschód. Niestety, nim udało się osiągnąć linię frontu podczas przelotu ponad Gorcami ostatni, mocno przegrzany silnik odmówił posłuszeństwa. Dziesięcioosobowa załoga bombowca zmuszona była opuścić maszynę skacząc na spadochronach. Ośmiu członków załogi bezpiecznie wyskoczyło z samolotu dzięki temu, iż pomimo ewidentnego ryzyka do ostatniej chwili za jego sterami pozostał pierwszy i drugi pilot. Podczas opadania na spadochronach część z lotników była ostrzeliwana przez niemieckie placówki graniczne. Kilku odniosło obrażenia podczas lądowania w gęstym lesie. Samolot rozbił się na południowym stoku grzbietu Kiczora-Przysłop-Gorc w rejonie polany Przechybka pod przełęczy Pańska Przechybka.

Symbol samolotu, tzw. "Nose Art"

Z dziesięcioosobowej załoga bombowca dziewięciu spadochroniarzy zostało odszukanych dzięki szybko zorganizowanej akcji partyzantów Armii Krajowej. Jednak jako pierwsi do powietrznych rozbitków dotarli  mieszkańcy Ochotnicy, w kilku przypadkach ratując lotników przed zamarznięciem. Niestety, w czasie tej akcji, zginął od ognia niemieckiego patrolu jeden z Ochotniczan, Józef Franasowicz z osiedla Białówka. Lotnicy zostali przejęci przez pratyznatów IV batalionu 1 Pułku Strzelców Podhalańskich Armii Krajowej (patrz artykuł o 1 PSP AK), zimujących w szałasach rodziny Czepieli na Kurnytowej. Batalionem dowodził kpt. Julian Zapała „Lampart”. W rejon katastrofy wysłano patrol który odnalazł kompletnie rozbite, dopalające się szczątki samolotu. We wnętrzu wraku nie odnaleziono nikogo z załogi. Ponieważ zdawano sobie sprawę, że katastrofa nie uszła uwadze posterunków niemieckich było jasne, że niebawem pojawi się w Ochotnicy patrol niemiecki. Szybko usunięto z samolotu wszelkie możliwe do wykorzystania przyrządy i przedmioty, wymontowano też kilka uszkodzonych karabinów maszynowych Browning M2.

W ciągu ok. 30 godzin udało się uratować dziewięciu amerykańskich pilotów z rozbitego samolotu. Jeden z nich, tylny strzelec William J. McCutie lądował w masywie Lubania w rejonie Runka-Mostkowego, częściowo na drzewie. Został odnaleziony i ukryty w domu rodziny Czajków w osiedlu Czepiele w Ochotnicy Górnej. Był kontuzjowany, miał skręconą nogę. Kolejnych sześciu skoczków schroniło się w jednym z gospodarstw w Kudowskim potoku. Następnego ranka partyzanci przewieźli ich saniami, główną drogą przez Ochotnicę Dolną i Górną, do osiedla Ustrzyk.

Nose art samolotu

Stamtąd powędrowali pieszo w wysokim, kopnym śniegu w stronę Forendówek i Kurnytowej Polany, gdzie mieściło się dowództwo batalionu. Po drodze zauważyli ślady na śniegu, a w chwile później z pobliskich krzaków niepewnie wyszedł amerykański lotnik. Był to Spencer P. Felt, drugi pilot. Spędził on noc w szałasie, w okolicach polany Znaki, w grzbietowej partii Gorców, w pobliżu którego lądował. Był przekonany, że jego koledzy są prowadzeni jako jeńcy przez niemiecki patrol. Był przemarznięty i wyczerpany ale cały i zdrowy. Wszyscy szczęśliwie dotarli do obozu kpt. Lamparta. Pod wieczór patrol partyzancki przyprowadził dziewiątego członka załogi, Roberta T. Nelsona, przejętego od partyzantów radzieckich.

W obozie „Lampart” oddał lotnikom do dyspozycji izbę w dowództwie batalionu, gdzie mogli wypocząć oraz zebrać siły po ostatnich przeżyciach. Trzy dni później lotnicy zostali przeniesieni do kwatery sztabu 1 PSP AK w Bukówce nad Szczawą, w Dolinie Kamienicy.

Dołączyli tam do kilkudziesięciu innych rozbitków powietrznych i uciekinierów z obozów jenieckich, którzy znaleźli opiekę w jednostce partyzanckiej dowodzonej przez mjr. Adama Stabrawę – „Borowego”. Tam byli świadkami odbioru ostatnich zrzutów dla Armii Krajowej oraz poważnej potyczki w Dolinie Kamienicy, wygranej przez partyzantów. Na przełom 1944 i 45 roku przygotowywana była lotnicza operacja dwustronna – przylot 3 samolotów C-47 „Skytrain” z zaopatrzeniem dla AK, które miały zabrać w drogę powrotną wszystkich uratowanych lotników. Operacja o kryptonimie „Most V”, miała się odbyć z polowego lotniska pod Tymbarkiem, odbitego na pewien czas i utrzymywanego przez siły partyzanckie. Planowana akcja, najpierw z powodu pogody, a następnie ofensywy styczniowej armii sowieckiej, nie doszła do skutku. Lotnicy amerykańscy, wędrując pieszo w kierunku Krakowa, dostali się w ręce rosyjskie. Po wielu przygodach, kilkakrotnych aresztowaniach, a nawet próbie rozstrzelania przez Sowietów dotarli w końcu do punktu zbornego ewakuacji żołnierzy alianckich z w Odessie, skąd drogą morską wrócili do swych jednostek. Zadań bojowych już nie wykonywali, co było regułą nakazaną przez wywiad, ażeby w przypadku ponownego zestrzelenia i uwięzienia nie narażać na wydanie w przypadku tortur – poprzednich wybawicieli. Przetransportowano ich brytyjskim statkiem do Istambułu, skąd ostatecznie przez Egipt i Włochy dotarli do Stanów Zjednoczonych.

Warto dodać kilka słów o losie uzbrojenia wymontowanego z wraku Liberatora przez partyzantów AK – trzech (?) karabinach maszynowych Browning M2. Uszkodzone w katastrofie karabiny zostały naprawione oraz przyjęte na stan uzbrojenia IV Batalionu 1 PSP AK. W momencie rozwiązywania pułku jego dowódca mjr. Adam Stabrawa „Borowy” polecił ukryć („zamelinować”) broń pułku. Karabiny zostały ukryte w jednej ze skrytek (tzw. „melin”) w Forendówkach w Ochotnicy Górnej. Broń z tej skrytki została (za zgodą „Lamparta”) przejęta z początkiem 1946 r., przez „ogniowców”, czyli partyzantów Józefa Kurasia „Ognia”. Karabiny znów trafiły do „leśnych”. Dzieliły losy oddziału „Ognia” do 8 maja 1946 r., kiedy to obława wojsk Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW) zaskoczyła oddział „Ognia” w obozie na polanie Pożogi pod Czubą Ostrowską (nad wsią Ostrowsko). Oddział zdążył się w porę wycofać, w ręce KBW wpadła jednak duża ilość broni i amunicji, w tym 3 Browning’i z Liberatora.

Karabin maszynowy Browning M2 w wersji lotniczej

Gdzie jest William Beimbrink ?

Jedyny zaginiony - por. William J. Beimbrink

Niestety, nie udało się odszukać dziesiątego z lotników a zarazem dowódcy, pierwszego pilota Williama J. Beimbrinka. Do dziś nie są znane jego losy, do dziś też nie odnaleziono jego ciała. Wyskakiwał jako ostatni z samolotu, w miejscu najbardziej wysuniętym na południe, prawdopodobnie w rejonie polany Zielenica w masywie Kiczory. Po raz ostatni widział go drugi pilot Spencer P. Flet. Razem mieli wyskoczyć z samolotu, jednak w ostatniej chwili dowódca cofnął się znad otwartego luku bombowego i powrócił do kabiny. Co stało się potem, przez długie lata pozostawało tajemnicą. Snuto przeróżne domysły, m. in., że został rozszarpany przez dzikie zwierzęta lub pechowo trafił na członków bandy, którzy zamordowali go dla dolarów, które rzekomo miał przy sobie mieć. Dopiero niedawno pojawiły się nowe fakty, które pomogły w częściowym wyjaśnieniu zagadki zaginięcia porucznika. W lecie 2008 roku pojawili się w Gorcach dwaj Amerykanie z Biura ds. Więźniów Wojennych i Osób Zaginionych w Akcji, które poszukuje miejsc pochówku zaginionych amerykańskich żołnierzy w całym świecie i sprowadza ciała do Ameryki. Ich zadaniem było odnalezienie ciała por. Williama Beimbrinka. Dotarli do 84 – letniej dziś kobiety, która prawdopodobnie jako jedna z ostatnich widziała ciało Beimbrinka. Według jej relacji, tamtego dnia znalazła ciało porucznika w lesie w dolinie Łopusznej. Obok, jak mówi, było drzewo, z jednej strony ogołocone z gałęzi. Beimbrink miał głowę odchyloną do tyłu, był oparty o pień. Wokół dłoni miał owinięty przyrząd do otwierania spadochronu. Jej mąż miał go pochować w lesie w dolinie Łopusznej. Kobieta przekazała też oryginalne mapy, należące do dowódcy Liberatora „California Rocket”. Fakty te ostatecznie rozwiały wszelkie spekulacje. Wiemy już, że por. pil. William J. Beimbrink zginął przy skoku ze zbyt małej wysokości i w wyniku nieszczęśliwego splątania linek spadochronu. Jego ciało odnaleźli mieszkańcy Łopusznej i pochowali w tajemnicy przed Niemcami.

Pomimo prowadzonych poszukiwań miejsce pochówku porucznika nie zostało dotąd odnalezione. Porucznik pilot William J. Beimbrink nadal spoczywa gdzieś w polskich górach. Symboliczna mogiła pierwszego pilota Libratora z metalowym krzyżem i repliką odnalezionej we wraku samolotu jego wizytówki znajduje się na polanie Młacne.

Uroczysko pamięci - pomnik w miejscu katastrofy

Dokładnie 50 lat po katastrofie, w miejscu gdzie rozbił się samolot ustanowiono niewielki zespół krajobrazowy nazwany „UROCZYSKIEM PAMIĘCI”. Jest to zmontowany przy użyciu oryginalnych elementów tego samolotu fragment kadłuba „Liberatora”. Pomnik znajduje się dokładnie w tym samym miejscu, w którym zatrzymał się rozbity samolot. Obok odwzorowano zarys skrzydła, dający pojęcie o rozmiarach samolotu. Wybudowano też drewniany szałas na którym zamontowano tablicę z opisem wydarzeń z dnia 18 grudnia 1944 r, jak również historii ruchu oporu w Gorcach. Odsłonięcia pomnika dokonało trzech żyjących wówczas jeszcze członków załogi „California Rocket” – Thaddeus Dejewski, Spencer Felt i Edward Sich w obecności licznych przedstawicieli władz Polski i USA, byłych partyzantów i środowisk kombatanckich oraz mieszkańców Ochotnicy.

Do miejsca pamięci prowadzi ścieżka edukacyjna „Dolina Potoku Jaszcze” (początek w Ochotnicy Górnej Jaszcze, przy stacji terenowej Uniwersytetu Jagiellońskiego).

W roku 2001 Ochotnicę odwiedzili ponownie: były nawigator „Californii” – Thaddeus Dejewski oraz drugi pilot – Spencer P. Felt, który sfinansował wyprawę do Polski swym wszystkim licznym dzieciom i wnukom, by pokazać im miejsce, gdzie „…dzięki Polakom narodził się po raz drugi”. Serdeczne związki miedzy weteranami USAAF, AK oraz mieszkańcami Ochotnicy trwają do dziś.

Model "California Rocket" oraz fragmenty samolotu na wystawie w Ochotnicy Górnej

W roku 2003, dzięki wsparciu Województwa Małopolskiego, w Wiejskim Ośrodku Kultury w Ochotnicy Górnej powstała wystawa stała pt. „Lotnicze Ślady w Gorcach”.

 „… w walce o wolność ludzie poświęcają swe życie.
Pochylmy sie nad postacią Tego, który zaginął – por, pil. Williama J. Beimbrinka.
Niech Mu polska ziemia lekką będzie.
Niech Mu śpiewa szum smreków i szmer naszych potoków.
Prośmy Boga, abyśmy umieli uszanować wolność, którą nam przyniósł.”

(z przesłania Ks. Prof. Józefa Tischnera do uczestników uroczystości odsłonięcia Znaku Pamięci w Uroczysku pod Przechybką w Ochotnicy Górnej – Jaszczem, 18 grudnia 1994).

(Oprac. W. Mulet na podstawie „Liberator w Gorcach”; prac. zb. redaktorzy K. Wielgus i R. Panek)

Liberator "California Rocket" z 459 Grupy Bombowej przelatuje nad Tatrami

Wspomnienia członka załogi - Thaddeusa Dejewskiego

Wspomnienia Thaddeusa Dejewskiego z ostatniego lotu Liberatora „California Rocket”

Thaddeus Dejewski - nawigator "California Rocket"

Osiemnastego grudnia czterdziestego czwartego… To była misja numer 166 dla naszej 459 Grupy. Celem była fabryka benzyny syntetycznej w Oświęcimiu. Byliśmy wyznaczeni do lotu na samolocie o numerze 42-51714. Był to B -24 J o imieniu „California Rocket”. Nasza załoga, wszyscy z 757 Dywizjonu to:

ppor. William Beimbrink – pilot,
ppor. Spencer Felt – drugi pilot,
ppor. Thaddeus Dejewski – nawigator,
chor. Robert Nelson – bombardier,
kpr. Edward Sich – mechanik,
sierż. Walter Venable – radiooperator,
szer. Jack Blehar – strzelec dolnej wieży,
sierż. Clarence Dallas – strzelec przedni,
sierż. William McCuttie – strzelec tylny,
sierż. Bernard Racine – strzelec boczny.

To były dwie, długie wyprawy w kolejnych dniach – dzień wcześniej polecieliśmy nad Odertal na niemieckim Śląsku (dziś Zdzieszowice – KW) a dziś podążaliśmy nawet dalej – nad Oświęcim.

Pobudka było około 430  i każdy w namiocie – a było nas pięciu – wyznaczony był na ten lot. Wszyscy ubrani w letnie mundury typu A (z krawatami!) podążyliśmy do sali odpraw w dowództwie Grupy. (Krawatów potrzebowaliśmy, aby uzyskać wstęp do mesy. To było nowe wymaganie nałożone przez pułkownika).

'California Rocket' na lotnisku polowym we Włoszech w 1944

Sala odpraw była zlokalizowan w dojrzewalni win, w winiarni. Z przodu wznosiła się platforma z zasłoniętą mapą Europy. Rozpoczął pułkownik Mooney który następnie przekazał prowadzenie odprawy oficerowi operacyjnemu, którym był pulkownik Opper. Odsłonił maopę i wteduy można było zobaczyć grubą czerwoną linię o grupości 3/4 cala, oznaczającą front niemiecko – rosyjski, Zgodnine z rozkazami rosyjskiegfo dowódctwa, linii tej nie wolno nam było przekraczać. Gdy Opper ogłosił cel dzisiejszej misji – Oświęcim wszyscy jęknęli – wielu odbyć dziś miało lecieć na swe ostatnie, 35 zadanie – ostatnie w turze bojowej. Wopleliby coś nieco mniej ryzykownego. Po odprawie zjedliśmy śniadanie, robiąc następnie przystanek przy zewnętrznej latrynie…

Po przebraniu sie w nasze stroje lotnicze poszliśmy do składnicy na skraju pola wzlotów, gdzie pobraliśmy ekwipunek łacznie ze spadochronami, które były przypisane do każdego z nas.  Trzech z nas wskoczyło na ciężarówkę, która miała dowieżć nas do punktu postoju maszyny. Jednym z trzech był inny nawigator z 757 Dywizjonu, mój przyjaciel, Ed Jenkins. Kiedy zbliżaliśmy się do mojego przystanku i ciężarówka zakręcała przed zatrzymaniem – Ed powiedział: „Kawusia i pączki!” – co oznaczało „Do zobaczenia – cali i zdrowi!”

Gdy wyskoczyłem z wozu, przedstawił sie trzeci pasażer. Rzekł: „sądzę że jestem waszym bombardzierem”. Nazywał się Robert Nelson i był wybrany z dywizjonowej grupy bombardierów na swój pierewszy lot.

Jedna z załóg latających na 'California Rocket'

Kiedy wykołowaliśmy i przygotowaliśmy sie do startu, wystrzeliła zielona flara i pierwszy samolot potoczył się po drodze startowej. Następne po nim ruszyły w półminutowych odstępach. Połączyliśmy się nad Adriatykiem i skierowaliśmy się na północ. Lecąc w głębi szyku starałem się zająć czwartą lub piątą pozycje podąząjąc wraz z całymi siłami do punktu początkowego nalotu. Pierwszą pozycją wyraźnie zaznaczoną  w logach nawigatorów była jak zwykle zapora ogniowa wzbijana  przez artylerzystów z Gyor na Węgrzech, którą mineliśmy o kilka mil na wschód. Punkt początkowy, do którego kierowaliśmy się stanowiło małe maisteczko Strumień na zachodnim krańcu jeziora Goczałkowickiego.

Gdy weszliśmy na kurs bojowy, zaczęły się nasze kłopoty. Najpierw silnik nr 3 utracił ciśnienie oleju a wydawało się, że silnik nr 2 będzie następny. Beimbrink zapytał mnie o kurs powrotny do Woch; jakże to było stamtąd daleko! Powiedziałem, żeby wziął kurs 1800 i szybko powinienem dać mu korektę kursu. Uczynił zwrot, o czym zrzuciliśmy zabezpieczone bomby niedaleko Pszczyny. Tak jak obawialiśmy się, Numer Dwa zaczął nawalać i zdechł. Lecieliśmy teraz na dwóch zewnetrznych silnikach i wiedzieliśmy już, że nie dotrzemy do Włoch. Beimbrink poprosił mnie o poprowadzenie za linie rosyjskie.. Podałem mu kurs 900 i zaraz skorygowałem na 1150 ponieważ nadlatywaliśmy na duże miast i nie chcieliśmy przelatywać ponad nim. (Był to Kraków – KW).  P- 51 Mustang z naszej eskorty myśliwskiej porzucił swych kumpli i dał nam oslonę, mógł widzieć, że mamy kłopoty lecz z dwoma zewnętrznymi silnikami powinniśmy być w stanie dociągnąć do rosyjskich linii. Leciał chwilę z nami i dobrze było czuć taki „parasol” nad sobą! Wtedy zawiadomił nas, że ma mało paliwa i musi wracać do bazy. Wyszliśmy spod jego ochrony. Nie mógł dla nas nic więcej zrobić. Wtedy silnik numer 4 wykrztusił swe ostatnie tchnienie. Lecz skrzydełko wyłącznika naszego Numeru Pierwszego, naszego jedynego pracującego silnika zostało przypadkowo trącone.Beimbrink natychmiast zastartował numer 1 mówiąc : „Nie myślcie chłopaki, że B-24 może latać w ogóle bez silników, dobra ?” Było tak spokojnie, iż myślałem ,że pilot wymknie się Niemcom  po cichu, a tu trzy Messerschmity 109 nadciągały z kierunku godziny 10 (Mogły to być Me Bf -109 z JG III/52 z lotniska Kraków – Rakowice – KW) Beimbrink obrócił nasz nos w kierunku niemieckiej formacji i minęliśmy się w odległości około 75 yardów. Albo byli bez amunicji, albo też pomyśleli, że tak czy tak spadniemy, dlatego wykonali za nami pełny krąg i podążyli na zachód. Wyskoczyliśmy z „Californii Rocket” nad małymi wioskami Ochotnica Górna i Ochotnica Dolna. Wszyscy członkowie załogi z wyjątkiem pilota Beimbrinka zostali zabrani przez polskich partyzantów i ukryci do 19 stycznia 1945, gdy weszła Armia Sowiecka. Co stało się z Beimbrinkiem jest tajemnicą do dnia dzisiejszego. On i Spence opuszczali samolot jako ostatni. Wspólnie wyszli z kabiny i stali razem nad komorą bombową gotowi do skoku,gdy Spence wyskakiwał zauważył, że Beimbrink wracał do kabiny. Czy nie udało mu się opuścić uszkodzonego samolotu czy też coś stało się podczas lub po jego skoku – nie wiadomo. Są to tylko ustne przekazy i przypuszczenia polskich partyzantów, że Beimbrink został zastrzelony przez hitlerowców lub Rosjan, lecz te stwierdzenia nigdy nie zostały potwierdzone.

Moja znajomość polskiego i geografii były niebywale pomocne w tym czasie. (rozumiałem też trochę po ukraińsku). Wraz z nawigatorem o nazwisku Hansler ze spotkanej załogi B-17 zdecydowaliśmy spotkać się z rosyjskimi oddziałami za linią frontu; zebraliśmy się 20 stycznia starając się dotrzeć do Limanowej, po drodze spotkaliśmy kilku rosyjskich żołnierzy, którzy poprosili nas o papierosy. Lecz wyglądało, że szukają czegoś innego…. zrobiliśmy około 50 yardów gdy strzelili nad naszymi głowami. Nie mogliśmy zrobić ani kroku. Zabrali nas do swojego kapitana, którego przekonaliśmy ,że jesteśmy Amerykanami. Rosyjski kapitan wziął nas do starego budynku szkoły, podsłuchałem w rozmowie, że kobieta która mieszka ponad szkołą była jednym z partyzantów. Kapitan zabrał nas do innego rosyjskiego kapitana, któremu przydarzylo się być zatrwadziałym pijakiem. Ten mocno pijany kapitan musiał być Ukraińcem ponieważ gdy wydawał rozkazy swoim żołnierzom zrozumiałem co powiedział : „Weźcie tych dwóch za stodołę i rozwalcie!”

Właśnie wtedy jak wybawienie rozległ się ten cudowny głos zapraszający kapitana (po ukraińsku) na górę na jednego. To była „Pani Partyzant”. Gdy ruski kapitan rozpoczął wspinaczkę na długie zewnętrzne schody podążyliśmy zaraz za nim.  Nie chcieliśmy zostać z jego żołnierzami którzy mieli rozkaz nas zastrzelić. Pani rozlała trochę miejscowej wódki (nazywanej przez partyzantów bimber) .Ruski kapitan sięgnął i wyjął trochę straszliwego alkoholu który prawie dokładnie wypalał wnętrzności, rzekłem do Hanslera,że i my powinniśmy łyknąć tego trunku, jeżeli będziemy wystarczająco pijani, nie bęziemy myśleć o śmierci. Dopełnialiśmy szklankę kapitana tak długo aż jego oczy prawie się zamknęły , wtedy zadecydował by sprowadzić go po schodach, 22 stopnie ! On opuścił pierwszy i nie przestał się toczyć aż nie sięgnął dna… Jego żołnierze byli tak zakłopotani swym kapitanem, że zabrali go i zanieśli do ciężarówki.

Po tym wydarzeniu cała nasza załoga znowu się połączyła i dołaczyło do nas czternastu innych w tym pięciu członków załogi B-17, Kanadyjczyk ,Szkot, Południowoafrykańczyk, Belg i skazany na wygnanie Polak który latał w RAF-ie.  Z powodu mojej znajomości kilku języków stałem się tłumaczem grupy. Podróżowaliśmy ciężarówą do Lwowa, stamtąd pociągiem do Kijowa i w końcu kolejnym pociągiem do Odessy nad Morzem Czarnym. Tam byliśmy ulokowani w ewakuowanym punkcie sanitarnym, gdzie wszyscy mielismy robione badania. Było tan około 2000 Amerykanów i wielu z nich lubiło badania medyczne gdyż oni chcieliby dostać porcje aperitifu na koniec każdego badania. Nadszedł dzień gdy wymaszerowaliśmy na statek była to brytyjska jednostka ss „Samaria”, kiedy lista pasażerów odczytywana była przez Rosjan trzeba było bardzo słuchać uważnie swojego nazwiska gdyż Rosjanie czytali je fonetycznie. Mnie nie wyczytali. Rozmawiałem z amerykańskim oficerem repatriacyjnym Hallem i zgodnie z jego radą, postępując jak Rosjanin, porwałem jego bagaże i podążyłem za nim po trapie. On powiedział mi później, że gdybyś podążył wraz z Rosjanami do Połtawy i stamtąd do Moskwy, mógłbyś już nigdy więcej nie zobaczyć Stanów. Statek pożeglował w końcu do Istambułu gdzie personel brytyjskiego urzędu Informacji Wojennej znalazł jednego Włocha i siedmiu Niemców w naszej grupie którzy usiłowali przemycić się jako Amerykanie. Dalej był Port Said w Egipcie, gdzie FBI sprawdzała każdego, wreszcie popłynęliśmy do Neapolu skąd wróciliśmy na lotnisko Giulia Field.

Zamieszczono dzięki uprzejmości K. Wielgusa

Wspomnienia członka załogi - Spencera P. Felta z pobytu w polskim ruchu oporu

Kopia z notatnika Spencera P. Felta z okresu pobytu w polskim ruchu oporu i powrotu przez Związek Sowiecki do Stanów.

Drugi pilot "California Rocket" Spencer Felt

31 grudnia 1944. Zeszliśmy do tartaku, widzieliśmy przedstawienie kukiełkowe; dziewczęta tańczyły w tradycyjnych strojach.

1 styczna 1945. Spędziliśmy dzień, wracając do zdrowia po świętowaniu Nowego Roku…

2 stycznia. Spotkaliśmy 5 ludzi z B-17, którzy przyszli zobaczyć się z nami w sprawie wydostania się.

3 stycznia. Przestraszeni możliwością ataku szkopów , zostaliśmy jednak w ukryciu, zgodnie z tym, jak nam poradzono. Szkopy wróciły do Kamienicy.

4 – 8 stycznia. Prawie bez wydarzeń. Łaziliśmy po górach, trochę jeździliśmy na nartach, graliśmy w szachy.

9 stycznia. Przeniesiono nas ze zbocza góry w dolinę.

10-13 stycznia. Zagrożenie atakiem szkopów (W oryginale „jerry” z małej litery). Wyszliśmy wyżej, w bezpieczniejsze okolice.

14 stycznia. Obudzeni około 3 w nocy patrzyliśmy w dół doliny. Widzieliśmy wieś Kamienicę w ogniu, ok. 7 kilometrów od nas. Byliśmy ostrzeliwani przez Niemiaszków; obserwowaliśmy walkę Polaków i Niemców. Szliśmy cały dzień i noc.

15 stycznia. Spędziliśmy cały dzień w dowództwie podziemnym. Szliśmy na północ całą noc.

16 stycznia. Obserwowaliśmy atak rosyjskich bombowców nurkujących na Tymbark z domu księży.

17 stycznia. Znów obserwowaliśmy atak rosyjskich nurkowców na Tymbark i Kraków.

18 stycznia. Obeszliśmy wzgórze do następnego domu.

19 stycznia. Słyszeliśmy ciężki ogień artyleryjski i widzieliśmy płonące wsie na północy.

20 stycznia. Zostaliśmy obudzeni przez rosyjskiego żołnierza, który nas prawie zastrzelił…

21 stycznia. Wysłaliśmy Tadeusza do Tymbarku, żeby skontaktował się z Rosjanami i powrócił ok. 4 po południu z rosyjskim pułkownikiem.

22 stycznia. Ruszyliśmy z rosyjskim przewodnikiem by przejść 30 km do dowództwa. Po przybyciu do miasta, dowiedzieliśmy się, że dowództwo przeniesiono 30 km na zachód.

23 stycznia. Maszerowaliśmy cały poranek (10 mil) i dotarłszy nareszcie do miasta Gdów spotkaliśmy dowództwo… Było dobre żarcie!

24 stycznia. Ruszyliśmy zdobyczną, niemiecka ciężarówką w kierunku Bochni. Zostaliśmy w Bochni na noc.

25 stycznia. Wyjechaliśmy z Bochni do Wieliczki.

26 stycznia. Zostaliśmy cały dzień w Wieliczce.

27 stycznia. Dotarliśmy do Nowego Sącza.

28 stycznia. Z Nowego Sącza do Prešova w Czechosłowacji, zatrzymaliśmy się w mieście Sabinov, na północny zachód od Prešova.

29 stycznia. Pojechaliśmy do innego miasta niedaleko od Prešova w kierunku północno – wschodnim.

30 stycznia. Wróciliśmy do Nowego Sącza.

30 stycznia do 22 lutego. Pozostawaliśmy w Nowym Sączu.

22 lutego. Przejechaliśmy zatłoczoną ciężarówka z Nowego Sącza do Lwowa.

23 lutego. Przyjazd do Lwowa wczesnym rankiem i zakwaterowanie w Hotelu „George”.

24 lutego. Nadal we Lwowie.

25 lutego. Załadowano nas do pociągu do Kijowa.

26 lutego. Spędziliśmy dzień w Kijowie.

27 lutego. W zatłoczonym pociągu, pomiędzy Kijowem i Odessą.

28 lutego. Przyjazd do Odessy, spotkanie z byłymi jeńcami wojennymi i amerykańską komisja.

1 – 7 marca. Pozostawaliśmy w Odessie.

7 marca. Zaokrętowaliśmy się na angielski statek – czując pierwszy raz ulgę, gdy byliśmy 6 stóp od nabrzeża…

8 – 12 marca. Odpoczywaliśmy na statku.

12 marca. Dobiliśmy do Port Saidu. Jak w nowym świecie: samochody, reklamy, budynki z oknami !!!

12 – 16 marca. Spędzaliśmy czas, zwiedzając Port Said, wpadliśmy do kabaretu, kupowaliśmy różne rzeczy; mieliśmy WAKACJE!

16 marca. Pozostawiliśmy Port Said zmierzając do Neapolu. Mieliśmy jasną kabinę na statku, wydzielony kawałek pokładu; radowała nas codzienna herbatka o czwartej z (nie zapomnę tego nigdy!) Z obfitością cukru i śmietanki!

20 marca. Dotarliśmy do Neapolu, do 19 Ośrodka Uzupełnień.

23 marca. Wróciliśmy do Bari. Tam 459 Grupa Bombowa zobaczyła znów wszystkich swoich zaginionych chłopców

24 marca. Powróciliśmy do Caserty.

25 – 30 marca. Pozostawaliśmy w Casercie . Byliśmy kilka razy w Neapolu; trafiło się trochę „błyskotek” przy okazji awansów.

30 marca. Długo oczekiwany dzień – zaokrętowaliśmy się na statek do domu…

8 kwietnia. Weszliśmy do portu w Bostonie.

9 kwietnia. Wyokrętowanie. Powrót do Obozu Miles Standish.

Kumple, spotkani podczas mojej „zamorskiej służby”:

Richard Hansler,
Gordon Sternbeck,
Harold Beam,
Aloys C. Suhling,
G. T. Kroschewsky,
David Jones,
John W. Dyer,
Hubert Brooks (Kanadyjczyk),
B. J. S. Curtiss, (Południowoafrykańczyk).

„…Zawsze lecieliśmy z nadzieją na szczęśliwy powrót. Zawsze pod ostrzałem wierzyliśmy, że to… tego obok – a nie nas. I tak lataliśmy, dopóki samych nas to nie spotkało. Nigdy nie wiedziało się, czy się wróci czy nie. Tak na prawdę, baliśmy się bardzo. (…)Mieliśmy obowiązek do spełnienia. Nie wiem, czy specjalnie zasłużyliśmy się w tej wojnie. (…) Nie czuję się bohaterem, jak żaden z nas. Nie czujemy się bohaterami, takimi, za jakich się nas teraz uważa…” (S.P.Felt, T.A.Dejewski, E.J.Sich – z wywiadu udzielonego OTV Kraków 18 grudnia 1994 roku, po odsłonięciu pomnika pod Pańską Przechybką.).

Zamieszczono dzięki uprzejmości K. Wielgusa

List Spencera Felta do Ochotniczan 18 grudnia 2010

List od  Spencera Felta, ostatniego żyjącego członka załogi  samolotu „LIBERATOR” California Rocket

Nadesłany 18 grudnia 2010r.

Greetings to all of you at the museum

Barbara and I and family wish you all a very very Christmas. Today is December 17 but the time you read this it will be December 18, a date I will never forget as it was the day we parachuted from our B 24 into your country. It is hard to believe it was 66 years ago, I can remember I didn’t think we would live to see home. We were in a farmhouse with Germany to the west and the Russian/German front to the east. We thought the Russians would not expect Americans and shoot us as Germans. I am the last surviving crew member and I want to express my LOVE for the Polish people and especially to all of you for all you have done for us. My family still talks about our trip to Poland when you were all so thoughtful and kind.

AGAIN, MERRY CHRISTMAS AND AHAPPY NEW YEAR TO YOU ALL.

Spence and Barbara

"California Rocket," wraz z innymi Liberatorami z 304 Skrzydła Bombowego, przelatuje nad Tatrami (mal. K. Wielgus)